Nad jeziorem żuraw mieszka.
Jego synek i córeczka,
spacerują pośród traw,
bo im w życiu czegoś brak.
Mają główki jak kuleczki
i kulają się do rzeczki.
Zamiast nóg, szerokie wiosła,
by ich woda szybko niosła.
Wciąż pytają swego tatę:
ciepło zimą jest, czy latem?
Jak daleko do Afryki?
Żuraw polny jest, czy dziki?
Przed obiadem mama wraca,
bo skończyła ciężka pracę.
Gotowała pół godziny
smaczny obiad z żurawiny.
Dodawała mchu po trochę,
polny koper i karczochę.
Kilka rybek dorzuciła
i zupa gotowa była.
Przyszedł tata, przyszły dzieci,
bo z daleka zapach leci!
Żabki ślinkę połykają,
lecz żurawie omijają.
Bo żurawie tak przypadkiem,
z żurawiną, połkną żabkę.
Żabki wolą swoje muszki
i rechoty do poduszki.
A żurawie sobie siadły
i ze smakiem obiad zjadły.
Gdy się wrona dowiedziała,
przyleciała i krakała.
Na nic kra i kraku kraku.
Po obiedzie nie ma smaku!
Tylko dzięcioł do wieczora pukał,
że na obiad pora.
A żurawie poszły sobie.
Dokąd? Może ktoś mi powie?
Wędrowały nad strumieniem,
łowiąc ryby pod kamieniem.