Psotny Kazio

***

Dokazywał Kazio za wiele.
W szkole ławki pomalował,
rozmawiał w kościele,
przed mamą się schował.

Siostrze zabrał skakankę,
połamał laskę dziadkowi,
babci zerwał firankę…
Grzeczny był? Kto mi powie?

Któregoś ranka, do szkoły
nie chciał iść, bo głowa
bardzo bolała. Był młody,
a daleka do szkoły droga.

Martwili się mama i tata
Kazia zachowaniem.
Co wy na to?
Gdyby tak dostał lanie?

Ale nie wolno bić dzieci,
wszyscy o tym wiecie!

Na to szepnęły róże:
łamie nas i przetrąca,
damy mu wycisk na skórze
pod koniec miesiąca.

Zmówiły się polne osty,
bo Kazio je deptał w zapale:
spalił za sobą mosty,
wykłujemy na nim swoje żale!

Pokrzywa rosła w ogródku
i szeptała skrycie:
wyparzę twój język i ręce
raz, na całe życie!

Kazio nikogo się nie bał.
Chodził i robił co chciał.
Na upomnienia, śpiewał.
Z przestróg się śmiał!

Aż dzień przyszedł ponury,
pełen chmur na niebie.
Dzień garbowania skóry.
Dość mamy Kaziu ciebie!

Nudno było od rana.
Nawet słonko się skryło.
Takiego dnia, proszę pana,
nigdy jeszcze nie było.

Wyszedł Kazio, ręce w kieszeniach,
gwiżdże sobie na wszystko.
Niech nikt mnie nie zmienia,
bo zniszczę kretowisko!

Kopnął domek krecia,
zabolała noga.
Pokrzywy językiem dotyka,
mamo droga!

Tu boli, tu parzy!
Wycofał się i na osty
wlazł, a one po twarzy
go kłuły, bo obok rosły.

Chciał uciec przez płot,
a róże cap! Za nogi.
Kaziu, nie jesteś kot!
I dały mu wycisk srogi.

Za płotem kamień leży.
Usiadł i aż podskoczył!
Sto mrówek gryzących bieży.
Lepiej się z nimi nie droczyć.

Uciekł Kazio do mamy.
Stanął i mówi nieśmiało:
czy dasz sobie rade mamo,
gdyby się ze mną coś stało?

Nie dam! Mówi mama.
Trzeba wynieść śmieci,
podlać ogródek… Ja sama
nie poradzę. Prawda dzieci?

Pomyślał Kazio troszeczkę,
uśmiechnął się wesoło.
Czy poznajecie go teraz?
Spójrzcie wokoło!

Kazio pomaga mamie,
nie chowa w domu kapci,
nie kopie róż i nie kłamie,
nosi zakupy dla babci.