Spojrzał w okno Pan Wiaterek.
Słonko świeci, drogie dzieci!
Na spacerek pójdę w las,
póki czas!
Ubrał szalik, rękawiczki,
bo choć wiosny czas już bliski,
zdrowe zimno szczypie w nos
i chrypi głos.
Czapkę włożył, okulary
i dwa buty nie do pary.
Zaszły okulary parą,
w głos się żalą.
Nic nie widać, olaboga!
Gdzie jest pole, a gdzie droga?
Palto szczelnie pozapinał,
zrobił w lustrze dziarska minę.
Lustro język pokazało
i tak stało.
Ruszył w końcu dwoje nóg
i przekroczył domu próg!
A za progiem czekał las.
Czas iść, czas!
Idzie lasem, trąca liście,
świerki stoją uroczyście.
Żadnej igły dziś nie zgubią,
bo je lubią.
kto wie, co by się zdarzyło,
lecz się w lesie zaroiło.
Polną drogą chmara dzieci
na wprost leci!
Wiatr podskoczył za wysoko,
stara wronę trącił w oko.
Patrzy wrona, co za dziwy!?
Wiatr prawdziwy!
Dawno wiatru nie widziała,
spojrzała i zakrakała:
kra! Dlaczego Pan szybuje
i las psuje?
Pan Wicherek mimo lat,
poszybował poprzez świat.
kruszą się gałązki w lesie,
wiatr je niesie.
Szumią świerki i jałowce,
podziwiają wiatru harce.
Igieł deszcz na dzieci
z góry leci!